Polecamy

Jest taki człowiek… – Wywiad z Pawłem Badyną, opublikowany w czasopiśmie „Kujawska Madonna”

Jest taki człowiek…
Rozmawiała Wanda Jarzyńska

Spotykamy się w sali kominkowej sanktuarium, tuż po Mszy Św., której przewodniczył. Patrzę na twarz, którą po raz ostatni widziałam w 1996 roku i widzę zupełnie innego człowieka. Człowieka, o którym w czasie homilii ks. Robert Hetzyg powiedział, że Pan dotknął jego serca.

Paweł: Zanim o cokolwiek zapytasz chciałbym zaznaczyć, że pomimo tego „ks” na początku na imię mam ciągle Paweł, dla wielu nadal „Łysy”, ewentualnie sympatycznie niektórzy nazywają mnie „Badynek”.

Wanda: A skąd przezwisko „Łysy”?

P: Kiedy miałem 8 lat, babcia wysłała mnie do fryzjera. Z tym że to nie był fryzjer tylko kowal. Ale ciął. I jak wróciłem do szkoły bardzo krótko ostrzyżony, to takmnie koledzy nazwali.

W: Ile lat temu wyjechałeś z Markowic?

P: Czternaście.

W: Zniknąłeś jako „Łysy” i wracasz do nas jako ksiądz. Co działo się w twoim życiu W tym czasie?

P: Wyjechałem z Markowic, bo ni podobało mi się moje życie. Lęk przed tym, co mnie czeka sprawił, że uciekłem do Gdyni. Szukając pokoju do wynajęcia trafiłem do pewnej pani, która słysząc moją historię powiedziała, że tylko Jezus może mi pomóc. Zaprosiła mnie na rekolekcje, gdzie doświadczyłem Bożej miłości poprzez drugiego człowieka. Tak się Bogu spodobało.

W: I tak stałeś się częścią wspólnoty o nazwie…?

P: Koinonia Jan Chrzciciel.

W: Ale przecież w tej wspólnocie można działać jako osoba świecka, a ty zostałeś księdzem. W którym momencie poczułeś powołanie?

P: To było po dwóch latach mieszkania w Gdyni. Już pracowałem i odłożyłem pieniądze na studia.

W: Matematyczne?

P: Nie, myślałem o robotyce z automatyką czy coś w tym stylu, ale stało się tak, że na wakacje wyjechałem na tydzień zobaczyć, jak żyją bracia i siostry w oazie. No i kiedy pojechałem to, jak mówi psalm szesnasty, „zbudził Pan we mnie miłość przedziwną do Świętych swoich na tej ziemi”. Pokochałem ich i poczułem, że chcę z nimi żyć.

W: Dobrze, ale cały czas będę podkreślać, że przecież mogłeś być świeckim we wspólnocie, mieć żonę, dzieci…

P: No tak, ale wtedy właśnie po 2 latach zdecydowałem się zrezygnować z tego. Po prostu poświęcić małżeństwo, moje własne plany.

W: Czy czułeś, że jesteś to winien Bogu za może nie dość poprawną przeszłość?

P: Niezupełnie, raczej odczuwałem to wielkie Miłosierdzie Boże, które mi okazał. I jako wyraz wdzięczności za wszystko co dla mnie czyni zdecydowałem się na kapłaństwo. Choć nie czuję się godzien tego i postrzegam to jako łaskę.

W: Zawsze byłeś skromny i widzę, że nadał masz w sobie wiele pokory. A jak sobie radzisz z nieśmiałością, bo przecież nie jesteś frontmanem?

P: To prawda. Jestem osobą z cienia, na boisku lubiłem grać w pomocy.

W: Widać było dzisiaj twoje przejęcie i zdenerwowanie podczas Mszy św.

P: Za każdym razem, gdy muszę wystąpić przed ludźmi, odczuwam stres i napięcie, ale to są tylko emocje. Najważniejsze, by przekazać ludziom, że Bóg ich kocha. Tego, co zostało mi dane nie mogę zatrzymać dla siebie.

W: Czy ksiądz Paweł śpiewa? Bo na dzisiejszej Mszy Św. tego nie słyszałam.

P: Nie śpiewałem, bo bardzo drżał mi głos ze wzruszenia i nie chciałem stawiać pana organisty w niezręcznej sytuacji.

W: A co się dzieje z gitarą?

P: Dostałem ostatnio w prezencie nową. Jak studiowałem w Rzymie to tam też grałem na spotkaniach na basówce.

W: Studiowałeś w Rzymie?

P: Tak, przygotowując się do kapłaństwa trzeba skończyć studia teologiczne. A dlaczego w Rzymie? Bo to wspólnota wysyła nas na studia i akurat tam wybrali uniwersytet.

W: Pracę magisterską pisałeś po polsku czy po włosku?

P: Po włosku. Pewnie chcesz znać temat? „Chrzest dzieci w debacie teologicznej XX wieku i Magisterium Kościoła”.

W: Byłeś ministrantem?

P: Byłem, za czasów proboszcza Łabińskiego. On też uczył mnie religii.

W: A czy teraz, gdy jesteś księdzem, inaczej spoglądasz na cudowną figurę?

P: Muszę przyznać, że gdy przyjeżdżałem do Markowic jeszcze zanim zostałem księdzem, ale już będąc w oazie, lubiłem przyjść do sanktuarium i się pomodlić. Poczułem, że Maryja jest mi bliska, że jest taką moją drugą mamą.

W: Myślałeś kiedyś o tym, że Twoja zmarła mama w niebie wstawiła się za Tobą, wymodliła twoje szczęście?

P: Jeżeli wierzymy w obcowanie Świętych to myślę, że tak.

W: Ile miałeś lat gdy mama zmarła?

P: 18, a mój brat Maciej miał 15. Nic byłem już takim małym dzieckiem, aczkolwiek muszę powiedzieć, że był to dla mnie trudny moment.

W: Czego się najbardziej obawiałeś tydzień temu kiedy odprawiałeś swoją prymicyjną Mszę Św.?

P: Tydzień temu stresowałem się mniej niż dzisiaj. Może dlatego, że tam byłem wśród osób, z którymi żyję na co dzień, a tu przyjechałem, nie wiadomo skąd, po kilkunastu latach. Nie angażowałem się przez te lata w życie parafii. Miałem świadomość, że to będzie wydarzenie. Dziękuję Bogu, że było tak dużo ludzi, że się modlili.

W: Jakie są najbliższe plany księdza Pawła?

P: Wraca do oazy w Błotnicy. Musi posprzątać pokoje, bo goście przyjeżdżają.

W: To znaczy, że nadal pozostajesz w oazie? Jaka jest tam rola księdza?

P: Zasadniczo moja rola we wspólnocie się nie zmieni poza tym, że dojdą mi dwa obowiązki – odprawianie Mszy św. i spowiadanie.

W: Dziękuję, że znalazłeś czas dla czytelników „Kujawskiej Madonny” i życzymy Ci wytrwania w powołaniu. Odwiedzaj nas.

P: Dziękuję. Będę o tym pamiętał.

 

Znajomi o Pawle:

Dawid Nowak: Z Pawłem znamy się od dziecka. W latach szkolnych wspólnie założyliśmy zespól muzyczny. Do dzisiaj mam przed oczami obraz wesołego, szczupłego chłopaka grającego na swojej czerwonej gitarze.

 

Przemysław Płociński: Graliśmy razem
w zespole muzycznym „Roland”. Paweł nie stronił od dziewczyn. Miał nawet swoje fanki, które przychodziły na próby zespołu. Poza grą na gitarze lubił piłkę nożną Był ambitnym zawodnikiem klubu sportowego „Kujawy Markowice”. Chodziliśmy mu kibicować na meczach.

 

Mariusz Jarzyński: Paweł to ścisły umysł. Kilkanaście lat temu przyjechałem „dziewiątką” do Markowic, by młodszy kolega przygotował mnie do matury z matematyki. Zdałem na czwórkę.